Rozdział 1
Biały Horyzont
Po sześciu godzinach turbina Abramsa przestawała być dźwiękiem. Wchodziła w zęby, w mostek i w kość udową opartą o pancerz, a człowiek przypominał sobie, że przez cały ten czas ją słyszał, dopiero wtedy, kiedy milkła.
We włazie siedział Kępa, wsparty łokciami o krawędź, z twarzą owiniętą chustą do wysokości oczu. Kurz miał smak. Nie zapach — smak, wapienny i suchy. Osadzał się na języku, a woda z bidonu go nie spłukiwała, bo po sześciu godzinach w słońcu była ciepła jak ślina.
Przed nim, czterysta metrów w przód, szedł Żubr-3 i nie było go widać. Widać było kurz, który wyrzucał, oraz ciemniejszą plamę w środku tego kurzu, i tyle. Po tym się jechało. „Z góry to wygląda jak dym z pożaru", pomyślał. „Z boku jak nic."
W słuchawkach ktoś oddychał. To był Mazur — kierowca oddychał w mikrofon zawsze, bo siedział najniżej, w największym gorącu, i po godzinie przestawał nad tym panować.
— Mazur. — Kępa nie podniósł głosu. Interkom niósł nawet szept, a kierowca siedział półtora metra niżej, po drugiej stronie pancerza.
— Słucham.
— Odsuń mikrofon.
— Tak jest.
Sapanie ucichło. Wróciło po niecałych trzech minutach, ciszej, i Kępa dał mu spokój.
— Panie majorze — odezwał się Byk z prawej strony wieży, spod celownika. — Ja mam pytanie nie na temat.
— To zadaj. — Kępa nie zszedł wzrokiem z plamy przed sobą.
— Trzeci dzień siedzę na ostrej amunicji.
Kępa nie odpowiedział, więc Byk mówił dalej.
— Czterdzieści sztuk. Pod tyłkiem. — Poprawił się na siedzeniu, co nikomu nic nie dało. — Ja rozumiem, że jak każą wymienić ćwiczebną na bojową, to się wymienia. Wymieniłem. Rybak przekładał to całą noc i do rana klął po niemiecku, chociaż nie umie po niemiecku. Ale, panie majorze — na kogo?
— Na nikogo.
— No właśnie.
Z lewej dołączył Rybak, cichy, jak zwykle o pół zdania za późno:
— Ja nie kląłem po niemiecku.
— Kląłeś, Ryba. Słyszałem.
Kępa zsunął chustę pod brodę i wypluł to, co miał w ustach. Byk miał rację, wiedział, że ją ma, i dlatego pytał w ten sposób — nie o rozkaz, tylko o człowieka, który go wydał. Rozkaz przyszedł trzy doby temu, w nocy, jednym akapitem: przejście na obłożenie wojenne, amunicja bojowa na wozach, zapas rozwinięty w rejonie. Bez uzasadnienia. W miejscu, gdzie zwykle stoi uzasadnienie, było odesłanie do zarządzenia, którego nikt na tym poligonie nie miał prawa czytać.
Kępa wiedział o tym tyle, co wszyscy. Od trzech tygodni na wschodniej flance działo się coś, o czym pisano ostrożnie i za każdym razem trochę inaczej.
— Bo widzi pan — ciągnął Byk — ja nie mam nic przeciwko. Ostra to ostra, waży tyle samo. Tylko że jak człowiek wozi ostrą, to zaczyna inaczej patrzeć na drogę. I na lasek. I na to, czy tam ktoś nie stoi w tym lasku.
— A stoi?
— Nie. Ale ja patrzę.
O piętnastej dwadzieścia w kanale ogólnym padło hasło przerwy technicznej i kolumna zaczęła schodzić z osi, wóz za wozem, w prawo, w rzadką sosnę.
Mazur ustawił Żubra-1 tak, żeby kadłub stanął w cieniu, a wieża w słońcu, i to było dokładnie odwrotnie, niż powinno, ale w tym miejscu nie dało się inaczej. Turbina zeszła na wolne obroty. Wycie opadło o oktawę i zrobiło się z niego coś domowego, prawie przyjemnego. Zaraz potem znad kraty wylotowej poszedł strumień gorąca, od którego powietrze nad rufą zadrgało, a sosny za wozem zaczęły się wyginać.
Na wieżę Kępa wygramolił się z trudem i usiadł plecami do armaty. Kolana strzeliły. Trzydzieści cztery lata, a wychodził z tego włazu jak człowiek schodzący po drabinie w ciemności.
Rybak wylazł przed nim i już siedział pod gąsienicą, w jedynym cieniu, jaki miał sens, odrywając zębami róg racji. Byk stanął na kadłubie, wytarł twarz przedramieniem i rozsmarował sobie kurz w dwie równoległe smugi.
— Pan ma pół gęby białej, panie majorze — powiedział bez cienia uśmiechu, tak jak melduje się usterkę.
— Wiem.
— Ja nic. Mówię, co widzę. — Byk splunął i poprawił się pod celownikiem.
Nad głową, wysoko, przeszło coś, czego nie było widać.
Kępa zadarł głowę odruchowo i nie znalazł niczego poza białym niebem. Cztery kilometry, może więcej. Z ziemi F-35 jest widoczny wyłącznie wtedy, kiedy słońce trafi w niego pod właściwym kątem, a wtedy zapala się na sekundę jak coś, co pęka.
Przełączył radiostację na kanał lotniczy — nie dlatego, że musiał, tylko dlatego, że dzisiaj nie on naprowadzał, a słuchanie kogoś innego przy tej robocie jest jak patrzenie komuś na ręce przy kartach.
W słuchawce, na tle szumu, wszedł głos z akcentem, którego nie dało się pomylić z niczym.
— Ghost One, visual on the smoke, standing by. — Krótka pauza. — Buddy, that's a lot of dust down there. Y'all doing okay?
Kępa się uśmiechnął i nie odpowiedział, bo nie miał po co. Znali się dokładnie tak: przez radio, jeden w powietrzu, drugi na dole, obaj bez twarzy. W Powidzu, cztery lata temu, przegadali w ten sposób jedenaście dni, zanim się w ogóle zobaczyli, i kiedy się wreszcie zobaczyli, było to lekkie rozczarowanie dla obu stron.
Zdjął słuchawki, wrzucił je do włazu i zsunął się z pancerza na ziemię. Tam było o dwa stopnie chłodniej i dziesięć razy głośniej, bo dopiero stamtąd docierało, że dokoła stoi jedenaście innych maszyn.
Odszedł kilkanaście kroków w bok, poza krąg gorąca. Sosny tu były niskie, powyginane, wrzos schodził aż pod koleiny. „Poligon drawski w sierpniu jest jednym z najbrzydszych miejsc w Polsce", pomyślał.
Wyciągnął telefon. Dwie kreski. Wystarczy.
Marta odebrała po czwartym sygnale. Od razu było słychać kuchnię: wodę lecącą do garnka, radio nastawione za cicho, żeby czegokolwiek słuchać.
— O. Żyjesz — rzuciła.
— Żyję.
— Brzmisz, jakbyś miał piach w gardle.
— Bo mam piach w gardle.
Przełożył telefon do drugiej ręki. Obudowa była gorąca od słońca, przykładało się ją do ucha jak kamień z pieca.
— Długo jeszcze? — Woda po jej stronie przestała lecieć.
— Tydzień. Może dziesięć dni.
— Mówiłeś dwa tygodnie temu, że tydzień. — Nie pytała o to pierwszy raz i oboje o tym wiedzieli.
— Wtedy to był inny tydzień.
Zaśmiała się krótko, tym swoim śmiechem, który nie oznaczał, że jest jej wesoło, tylko że nie zamierza się kłócić przez telefon. W tle coś stuknęło o blat.
— Filip! — zawołała gdzieś w bok. — Tata.
Rozległ się tupot, potem szuranie, potem oddech bardzo blisko mikrofonu.
— Tata.
— Cześć, mały. — Odwrócił się plecami do wozów.
— Zamek się zawalił.
Kępa usiadł na wrzosie. Sucha gałązka wbiła mu się przez spodnie w udo i przesunął się o pół metra.
— Który?
— Nasz. Ten niebieski. — Filip mówił szybko, w sposób, w jaki mówi się o krzywdzie. — Wieża się zawaliła. Trzy razy. Mama mówi, że jest za wysoka, ale ona nie jest za wysoka, tylko klocki są za śliskie.
— Klocki są za śliskie — potwierdził Kępa.
— No.
— Wiesz, co się robi, jak wieża jest za wysoka?
— Co?
— Rozszerza się dół. Nie skraca górę. Dół.
Cisza po drugiej stronie trwała dwie sekundy i miała w sobie skupienie, którego Kępa nie potrafiłby wytłumaczyć nikomu, kto nie ma dziecka.
— To ty zrobisz — powiedział wreszcie Filip.
— Dobra.
— Bo ty umiesz dół.
— Umiem dół.
Ktoś przy Żubrze-3 walnął młotkiem w gąsienicę, raz, drugi, i dźwięk poszedł po całym lesie. Kępa odsunął telefon od ucha, zaczekał i przyłożył go z powrotem.
— Tata?
— Jestem.
— A przyjedziesz na moje urodziny?
Za każdym razem robił to tak samo: pytał niby mimochodem, jako ósme pytanie z rzędu, a nie jako jedyne, po które przyszedł do telefonu.